Chóry Gertrudy Stein, Technika punktu świetlnego
Rewelacyjne przedstawienie - dla garstki teatralnych wyjadaczy
- to okazja, by znaleźć się w ich gronie.
Z reguły przedstawienie teatralne odbywa się zupełnie inaczej.
Zazwyczaj, kiedy przecisnąwszy się przez kordon bileterów
i szatniarzy zasiądziemy w fotelach i kurtyna pójdzie w górę,
pojawia się na przykład Hamlet (książę Danii). Tymczasem tu
jakakolwiek postać dramatyczna nie chce się wyłonić, tylko
trzech młodzieńców chodzi po scenie. Zwykle aktorzy grający
wspomnianego Hamleta maskują się za granymi rolami i jako
oni sami wychodzą dopiero do oklasków. W tym wypadku jest
akurat odwrotnie: trzej "przedstawiacze" przyjmują
brawa jako stare estradowe wygi. Najczęściej aktorzy przedstawiają
przed naszymi oczami historię, która rozgrywa się w innym
miejscu (w państwie duńskim, na przykład). Tym razem opowieść
rozgrywa się nigdzie indziej jak tu-i-teraz, w budynku Teatru
Studyjnego, podczas spektaklu "Technika punktu świetlnego".
Szkoła teatralna
Sztuka Philipa Dimitriego Gallasa to, jak sam ją nazwał,
"avant-vodeville": ciąg skeczy, piosenek i gagów,
których nie można powiązać w fabularną całość. Łączy je temat:
refleksja nad istotą sztuki teatru. Istotą, którą zatraciły
komercyjne kombinaty rozrywki, jakimi stały się teatry instytucjonalne.
Podobna myśl zawiązała ruch Off-Broadway, skupiający twórców
spoza oficjalnego obiegu kultury. Twórcy spektaklu: Marcin
Brzozowski, Piotr Szrajber i Grzegorz Stosz, zmodyfikowali
kontekst. Ich przedsięwzięcie nie kontestuje pewnego modelu
widowiska, ale w ogóle "sytuację teatralną": burzy
konwencje bycia widzem, grania na scenie, przedstawienia teatralnego.
Trzej aktorzy są jak przewodnicy, którzy oprowadzają wycieczkę
po teatrze, przy okazji demonstrując możliwości napotkanego
"sprzętu". Nie tylko dlatego, że zapalają reflektory,
tłumacząc: oto światła rampy, a teraz oświetleniowiec włączy
zorzę polarną. Przede wszystkim poprzez fakt, że sami odważnie
stają i
mówią: oto jest aktor, a teraz na moment zagra nam Madame
Ill du Sang. Obnażają to, co w teatrze tworzącym iluzje zawsze
pozostaje zakryte przez udanie: surową rzeczywistość sceny.
Ale przewodnicy po sztuce teatru idą jeszcze dalej, nie wahając
się pokazać już nie jako aktorzy, lecz jako prywatne osoby.
Nie kryją, że gra w przedstawieniu to ciężka harówka i że
pot leje się z nich strumieniami. Ale pokazują także, ile
praca ta przynosi czystej radości, ile satysfakcji daje bycie
na scenie. Dzięki temu powstało przedstawienie mocno ironiczne.
Tekst gloryfikuje światło punktowca, które pozwala zaistnieć
aktorowi; bez aktora jednak - co uświadamiają ciężką pracą
młodzi twórcy - cóżby takie światło oświetlało?
Dziki pęd scen
Można by odnieść wrażenie, że oto odbywa się nużący wykład.
Nic bardziej mylnego. Gonitwa scen żywi się grepsem i parodią,
wymierzając klapsy zarówno w pupy twórców teatru, jak i odbiorców.
Otwierająca spektakl pastiszowa etiuda "podróż"
zostaje zrównana z ziemią przez lożę zgredowatych krytyków.
Rapującemu żydowskiemu kantorowi zgotowuje się "beczkę
śmiechu". Urządza się casting wśród widzów. Śpiewa się
szmoncesy o miłości - w różowym ocieplaczu. Stepuje się i
wykonuje cyrkowe numery. Wszystko porządkuje rytm kwestii
wypowiadanych z szybkością karabinu maszynowego, puls wybijany
na beczkach. To trzeba zobaczyć.
"Technika punktu świetlnego" to przedstawienie
rewelacyjne - choć niemal dla nikogo; dla garstki teatralnych
wyjadaczy. Proszę zrobić mi na złość, że pozwalam sobie na
takie sądy, i czym prędzej znaleźć się w ich gronie. Jest
rzadka okazja.
"Technika punktu świetlnego" Philipa Dimitriego
Gallasa. Przekład Sławomira Michała Chwastowskiego. Twórcy:
Marcin Brzozowski, Piotr Szrajber, Grzegorz Stosz.
Leszek Karczewski
Gazeta Łódzka
6 lutego 2002 |